12973205_592222460932327_3290081158046504488_o

Przez całe życie myślałem, że wioślarstwo, to taka dyscyplina sportu bez większej filozofii. Po prostu łódka, wiosło i ktoś kto nim macha, żeby się poruszać. Myślałem, że nie ma w tym żadnych emocji, bo po prostu płyną przed siebie i ten, który się najwolniej męczy wygrywa. Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w Akademickich Mistrzostwach Świata w tej dyscyplinie, dzięki czemu udało mi się zobaczyć to wszystko bardziej z bliska. I okazało się, że dużo się nie myliłem.

W cały ten bajzel wciągnął mnie oczywiście Targi, bo jak powszechnie wiadomo, jeśli coś jest związane z AZSem, to on na pewno macza w tym palce. Ogarniał akurat biuro prasowe imprezy i uznajmy, że potrzebował kogoś, kto go trochę odciąży w sprawach technicznych oraz sprawi, że codzienny biuletyn dostarczany uczestnikom będzie w końcu ładnie wyglądał. Oprócz nas, biuro okupowało jeszcze parę innych postaci o rolach wszelakich – social media , komunikaty prasowe, zdjęcia, wywiady, artykuły itp. Całą imprezę obsługiwała niesamowita ilość osób, od opiekunów konkretnych ekip (określanych jako Attaché), przez ludzi w biurze akredytacyjnym, aż po takich, co trzymali łódki na starcie. Byli nawet ludzie z Łodzi, których grzecznie informowałem, że bardzo mi przykro.

Całość działa się w Poznaniu, a konkretniej na Malcie. Nad samym jeziorem pojawiłem się przez te 5 dni, aż dwa razy i to w obu przypadkach zupełnie poza samymi wyścigami, totalnie rekreacyjnie. Głównie dlatego, że moja rola nie była bezpośrednio związana z koniecznością oglądania tego na żywo, poza tym nasze główne biuro było usytuowane w jednym z akademików Politechniki, a i niekoniecznie mocno mnie to interesowało. Co ciekawe, oprócz osób przeprowadzających wywiady, czy też pstrykających fotki, cała reszta też raczej spędzała większość czasu w biurze. Spokojnie, mieliśmy live stream na jutubie. Też nie oglądałem. Za to słuchałem. Wszyscy słuchaliśmy. Komentator miał prawdopodobnie zapłacone za konkretną liczbę słów i skrupulatnie przestrzegał, aby jej nie przekroczyć. Potrafił nie mówić nic przez cały wyścig (przez to często start był przegapiony, gdy akurat aktywna była inna zakładka przeglądarki), by uaktywnić się przed samą metą. Dodatkowo czekaliśmy na tor trzeci, nazywany przez niego za każdym razem „czecim” oraz na występy Polaków, nie tylko ze względów patriotycznych. Komentator był chyba zdecydowanie większym patriotą, gdyż słowo POLSKA było za każdym razem wykrzyczane. Co prawda, trochę na siłę, tak jakby myślał, że po prostu tak trzeba. W odpowiednim momencie także uznawał, że należy przedstawić nazwiska występujących, co przy kategorii M8+ (ósemka mężczyzn) i kilku ekipach rozciągało się poza czas trwania wyścigu. W ogóle te kategorie to jest jeden wielki chaos. Jakby za mało nudne było zwykłe wiosłowanie, to jeszcze wymyślono kilkanaście wariantów, zależnych od ilości wioślarzy w łódce, ich wagi i tego iloma wiosłami machają. W tym chaosie urodziła nam się w biurze zupełnie nowa kategoria, czyli jedynka pojedyncza, która oznacza jedną osobę z jednym wiosłem. Prawdopodobnie konkurencja polegałaby na robieniu kółek na wodzie, bo do niczego innego by to się nie nadawało.

Z naszego biura mieliśmy doskonały widok na… plac zabaw. Zbiegło się to zgrabnie z największym hitem, który puścił nam Stefan (że też ja tego gościa nie znałem wcześniej). Ukazał nam gatunek zwany papacore, czyli słowa Jana Pawła II nałożone na mocno klimatyczne bity przywodzące na myśl Kavinsky’ego. Jeśli uważasz to za obrazę, możesz w tym momencie przestać czytać. Szlagierowy bowiem okazał się utwór pod roboczym tytułem Małe, dziecięce dłonie, a zwrot ten zapętlony został w nim 29 razy (Stefan policzył!). Wkręcił nam się do tego stopnia, że gdy raz poszliśmy sobie usiąść na ławce z placem zabaw sąsiadującej, czuliśmy się mocno nieswojo. Muzycznie królowały też wersje dziesięciogodzinne różnych dziwnych utworów (Coconut song, Puddi Puddi). Wbrew pozorom pomagało się to dobrze skupić na samej pracy, nie rozpraszało przez brak konieczności zmiany utworu oraz nadawało pewien rytm. Stefan odkopał też fragment programu Ziarno z 1991 roku, w którym Papież odpowiadał na pytania dzieci i robił to w bardzo luźny sposób. Sporo jego odpowiedzi zostało wyciętych na jutubie, dzięki czemu można nimi nawet ze sobą rozmawiać. Odpowiednio intonowane Nie wiem było odpowiedzią na każde pytanie, z którym ktokolwiek przychodził do naszego biura. A z naszej strony wychodziły tylko dwa pytania, związane z grą w 20 pytań. Czy można to zjeść? Czy można to spotkać na placu zabaw?

Co do samej pracy, to byliśmy chyba najbardziej zapracowaną grupą na tej imprezie. Zwykle wychodziliśmy z biura grubo po północy. W przeciwieństwie do większości Attaché, których ekipy były wystarczająco samodzielne. Pewnego wieczora wpadł nam pomysł, aby nasi wywiadowcy spędzili dzień z jedną z drużyn, po czym opisali wrażenia. Wybór padł na Nową Zelandię, przez ich oddalenie od naszej kultury. Od razu wezwaliśmy osobę odpowiedzialną za opiekę nad nimi, zapomnieliśmy tylko, że jest już środek nocy. Wyrwana ze snu, ale przyszła. Uświadomiła nam, że akurat ta ekipa średnio się nadaje, bo nie mogą się przestawić na inną strefę czasową i wstają ok 5 rano, a o 18 już są padnięci. Poza tym byli mocno nastawieni na treningi i same występy. Ona z kolei, mimo że na początku także zaspana, z każdym kolejnym zdaniem się rozkręcała. Usłyszeliśmy sporo ciekawostek nie tylko na temat zawodników, ale i samych Attaché. Podobno gość od Estonii tak bardzo nie musiał nic robić, że postawił sobie za punkt honoru być najlepiej poinformowaną osobą na kampusie. Cały dzień siedział na ławce pod akademikami i obserwował. Do tego pytał. A sam zapytany o to, zdecydowanie zaprzeczył. Usłyszeliśmy też o konieczności namalowania na wiosłach flag. Norwegowie przez to spóźnili się na ceremonię otwarcia, Argentyńczyk wysłał opiekunkę z samego rana do Castoramy (ponoć chciał też koniecznie szablon słoneczka do namalowania), a Australijczycy męczyli się z gwiazdkami  przykleili po prostu naklejkę w żółto zielone pasy. Osobnym tematem były skośnookie ekipy, czyli Chiny oraz Chińskie Tajpej. Podobno mają między sobą srogi konflikt i mocno się wściekają, gdy się je utożsamia. Ci drudzy też wymagają, aby w alfabetycznych rozpiskach być pod literką T i nie sąsiadować z krajem znanym z Wielkiego Muru. Za to ich opiekunka dostała ładnie zapakowane pudełeczko ciastek (podobno okropnych w smaku) jako wyraz wdzięczności za pomoc. Co prawda zespoły te dopływały zwykle jako ostatnie i to ze sporą stratą, ale wymyśliliśmy wytłumaczenie, dla tego stanu rzeczy. Oni po prostu zapomnieli wioseł i musieli przebierac swoimi małymi dłońmi, co i tak powinno budzić podziw. Mimo wszelkich niesnasek zachwycił ich asortyment spożywczy w naszych dyskontach, przez co nakupili mnóstwo warzyw, głównie kapusty pekińskiej, oraz garnków, po czym wrócili na swoje wysokie piętro akademika. I zaczęli gotować. Nie był to akademik, w którym przebywałem, więc opieram się tylko na opowieściach, ale ponoć zadymili całe piętro. Ponownie zaszedł sprytny zbieg okoliczności, gdyż kolejnego dnia wieczorem na stołówce można było dostać ryż po chińsku. Czy to faktycznie był prezent od naszych azjatyckich przybyszów? Pozostanie to zagadką.

Tak samo jak zagadką pozostanie skład zapiekanki makaronowej zaserwowanej nam innego dnia. Można było tam znaleźć 5 rodzajów makaronu, niezliczone rodzaje warzyw i mięs oraz prawdopodobnie małe dziecięce dłonie. Jestem w stanie zrozumieć, że można jakoś wykorzystać produkty niewykorzystane, jednak mam nadzieję, że nie były to produkty już wyłożone raz na talerze. O jakiekolwiek poważniejsze przyprawianie dań też nie można było kucharzy posądzić, ale nie ma co narzekać, bo było zapewnione przez organizatorów i można było się najeść do syta. A zupka kalarepowa postawiła mnie na nogi po tym jak pół dnia snułem się po kampusie bez oznak życia, gdy noc wcześniej Kacper (zwany Wolontariuszem Kacprem, choć był głównym organizatorem, jednak w taki sposób został pozdrowiony w radiu studenckim podczas audycji opowiadającej o imprezie) poczęstował mnie hojnie whisky. Wtedy też miałem deja vu, że na stołówce zaczęli obsługiwać zawodnicy z RPA, ale okazało się, że po prostu pracownicy mają żółto-zielone uniformy.

Jako Media Team mieliśmy też bezpośredni dostęp do wszystkich zdjęć, które napływały do nas od naszych fotografów, także do takich, które dalej nie wypływały. Dzięki temu na drzwiach naszego biura powstał tzw. Szejm of hol, który był wariacją na temat Hall of shame. Zaczęło się od Juliena, czyli Executive Assistanta FISU (taki światowy AZS), który na każdym zdjęciu wychodził, delikatnie mówiąc, niekorzystnie. Jednak największym hitem okazała się reakcja Tobiasza, na bliżej nieokreślone nowiny, polegająca na złapaniu się obiema rękami za głowę. Tobiasz był ogarniaczem wolontariuszy. Oficjalnie. Nieoficjalnie jest człowiekiem imprezą, który dbał o to, by after party po mistrzostwach na pewno się odbyło. W tym całym jego zabieganiu dopisaliśmy mu do zdjęcia kwestię o treści: Ale jak to zamknęli Pache?

14188272_10206921995520333_8670507198721881997_o

 

Pacha to miejsce, w którym wspomniane after party miało się odbyć. Któregoś dnia przyszedł do nas i zaczął mocno tajemniczo: Znacie to uczucie, gdy się z czegoś śmiejemy, a później to staje się prawdą? Tak, Pacha ma jakiś problem z systemem i muszę szukać innego klubu. Dobrze, że na jednym memie zakończyliśmy tę karuzelę śmiechu, bo w planie były już kolejne.

Mocno staraliśmy się też, żeby na profilu fejsbukowym nie było nudno. Oprócz prób tworzenia gifów, ze specjalnie zamówionych serii zdjęć, mieliśmy też oficjalną maskotkę mistrzostw sztuk jeden. Był to koziołek ubrany w koszulkę z logo mistrzostw. Dostawali je wszyscy medaliści, a naszego postanowiliśmy przeznaczyć na konkurs. Wynaleźliśmy zdjęcie z dwoma holenderskimi wioślarzami, na którym jeden z nich przyjmował dziwną pozę, dorysowaliśmy puste dymki, zrobiliśmy imitacje selfie wspomnianego koziołka i napisaliśmy post, imitując jego perspektywę. Nawet poszukaliśmy angielskiego odpowiednika dźwięku, który wydają kozy. Maskotka prosiła o wypełnienie w ciekawy sposób pustych pól i zapewniła, że autor najlepszego komentarza zabierze ją do domu. Daliśmy czas do godziny 16 następnego dnia i czekaliśmy. Gdy wieczorem ciągle nie było żadnej odpowiedzi Stefan ruszył w teren. Zachęcał grupę Irlandczyków grających w karty na korytarzu do wzięcia udziału w zabawie. Oni oczywiście zapewnili go, że to zrobią, jednak do terminu rozwiązania konkursu pod zdjęciem pojawił się tylko komentarz naszej fotografki Kingi, który miał bardziej na celu rozruszanie tłumu, niż faktyczną wygraną. Wynikowo koziołek trafił właśnie do niej. Spotkaliśmy później na stołówce naszych znajomych wioślarzy z Irlandii, którzy nagle zaczęli rzucać pomysłami. Okazało się, że wifi tak słabo im śmigało, że nie byli w stanie nic napisać. I weź tu się wykaż kreatywnością.

Gdy w drodze powrotnej zobaczyłem z okien pociągu ulice Szczecina, momentalnie zrozumiałem, czemu Targi tak wsiąkł w te AZSowe klimaty. Po prostu każdy taki wyjazd był totalną odskocznią od życia codziennego, chwilową ucieczką od obowiązków (mimo że na miejscu pojawiały się nowe) i czasem beż żadnych zmartwień. Po wszystkim większość osób rozpisywało się na fejsbukowej grupie dla wolontariuszy imprezy dziękując za dobrą zabawę i udaną współpracę. A pod każdym takim postem kilka zorientowanych osób pytało Czy można to zjeść? Czy można to spotkać na placu zabaw?



Zostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *